Kiedy macierzyństwo bywa trudne, czyli moje początki jako #mamadwojki

Kiedy macierzyństwo bywa trudne, czyli moje początki jako #mamadwojki


Po co to piszę? Bo nie chcę, żebyś czuła się jak ja. Żebyś myślała, że jesteś jedyna. Żebyś nie myślała, że jesteś najgorszą matką na świecie. Żebyś jak ja nie otarła się o depresję.

Narodziny dziecka to piękny czas. Z zasady. Dla nas był szalenie trudny, bo zazębił się z zapaleniem płuc u starszej córki i buntem dwulatka w pakiecie. Takie kombo. Ona wyła, noworodek wył, ja wyłam. Nie - nie płakałyśmy, my wylewałyśmy morze łez. Żadna z nas nie potrafiła się odnaleźć w tej nowej rzeczywistości. Oczy na zapałki. W domu ogień i siwy dym.
Pamiętam każda nieprzespaną noc. Pamiętam każda scenę frustracji, zazdrości, szału pierwordnej. Kiedy próbowałam komuś o tym powiedzieć czułam, że odbijam się od ściany. Że jestem jedyną, że nie radzę sobie z własnym życiem, które sama na własną prośbę sobie zagotowałam. Ja naprawdę szczerze zdawałam sobie pytanie kto mnie na to namówił. Naprawdę czasem żałowałam, że zdecydowaliśmy się na drugie dziecko. Nie widziałam nadziei na lepsze jutro. Widziałam tylko kolejny dzień który jakoś musiałam przetrwać. 
Pamiętam dokładnie jak wiele żalu miałam do M. za to, że mnie z tym zostawia samą. Że śmie wyjść do pracy. Patrzyłam jak zamykają się za nim drzwi z bólem serca, myśląc o tym, że chociaż on będzie mógł wypić kawę w spokoju. Ba, że będzie mógł się wysikać w spokoju. Byłam pełna poczucia niesprawiedliwości.
Nie miałam siły odpowiadać na pytanie czy naprawdę jest aż tak źle. Dla mnie wtedy było najgorzej. Czułam, że ludzie widzą we mnie jedynie sfrustrowaną matkę, która wiecznie narzeka, a to jeszcze bardziej wpedzało mnie w poczucie winy, nerwice. Patrzyłam na te wszystkie szczęśliwe matki, które tak jak ja dopiero co urodziły drugie dziecko z podobną różnicą wieku i zastanawiałam się co jest z nami nie tak. W którym miejscu popełniliśmy błąd. Nie potrafiłam na to pytanie odpowiedzieć. Do dziś nie potrafię.

To był sprawdzian dla mnie jako matki, partnerki, kobiety. Przetrwaliśmy to jakoś, ale otarliśmy się o klęskę. Do dziś jeszcze otrzepujemy kolana i nie mogę powiedzieć, że idziemy przez życie zawsze z uśmiechem na ustach. Ale idziemy raźniej i wspólnie.

I na koniec powiem Ci tylko, że nikt tego nie zrozumie. Nikt kto nie przeszedł tego co Ty. Wiem to po ostatnich rozmowach z matkami o podobnych przejściach. Bo tak jest nas więcej! I wiem też, że nic nie oczyszcza tak jak rozmowa z taką właśnie mamą. Jeśli potrzebujesz się wygadać, wal jak w dym!



Ps. Na osłodę tych trudnych wspomnień kilka pięknych kadrów od mojej kochanej Beaty. Koniecznie zajrzyjcie https://pstrykupstryk.pl/ ❤️


Bądź jak mężczyzna, wrzuć na luz kobieto!


Zastanawiałaś się kiedyś czemu tak jest - czemu my kobiety, matki zawsze chcemy więcej? Dlaczego często czujemy, że nie dalyśmy rady, poniosłyśmy wychowawczą klęskę? Czemu chcemy wciąż być lepsze i próbujemy osiągnąć nigdy nie osiągalny ideał? Zastanawiałaś się, czemu mamy wyrzuty sumienia z powodu brudnych garów w zlewie, okien które nie przepuszczają już światła słonecznego?

Czy pomyślałaś kiedyś, czemu wychodząc z domu w swojej głowie układasz kilka scenariuszy tego, co może się dziać kiedy nie będzie Cię lata świetlne, czyli całe trzy godziny? Na ten ekstremalnie trudny czas szykujesz swoją ekipę niczym na wojnę. Wychodzisz i co? Dzwonisz sto razy, albo dostajesz setki telefonów. I upewniasz się czy żyją, czy kaszka nie była za ciepła, czy pielucha zmieniona na czas. Musisz o wszystko dopytać, wszystko sprawdzić, wszystko tłumaczyć. Zastanowiłaś się kiedyś nad tym, że Twój partner nigdy tego nie zrobi? Że on nie zadzwoni przypomnieć, żeby sprzątnąć łazienkę i nastawić zupę.

Mężczyźni mają jedną magiczną dla mnie umiejętność, której im szalenie zazdroszczę. Oni potrafią się odciąć. Zamknąć drzwi i zostawić swój kramik, nie myśląc o tym w jakim stanie go zastaną, gdy wrócą do domu.

Próbuje się tego nauczyć, ale zostałam tak osadzona w tych trybikach, że dla mnie to chyba trudniejsze niż dostanie Oscara. Próbuję być idealna, czasem kosztem swoich frustracji, czasem kosztem innych. I nikt nie klepie mnie po ramieniu mówiąc "Super, przetrwałaś ten dzień, a na dodatek tak pięknie przebrałaś jej pieluszkę! Taka żona to skarb, inna by się tak nie poświęcała!" Nie.



Czasem mam wrażenie, że dla nas matek bycie rodzicem to obowiązek, dla mężczyzny miły przywilej. My musimy się spełniać w każdej roli, dawać radę nawet kiedy mamy ochotę krzyczeć. Zauważyłam, że przestałyśmy trochę mieć prawo po prostu nie mieć siły. Musimy przygryźć wargę i walczyć z podniesionym czołem. W dodatku walczyć zawsze z klasą, nie tylko tą mentalną, ale i wizualną. Czemu? Bo inaczej nas ocenią. I nie ocenią nas mężczyźni, co to to nie! Ocenią nas inne kobiety. Wejdą z butami w nasze życie i zdeptają resztki wiary w siebie i w to, że jesteśmy najlepszą wersją siebie.



Chciałabym, abyśmy my kobiety nauczyły się wrzucić na luz. Chciałabym, abyśmy nauczyły się prosić o pomoc. Nie musimy dźwigać wszystkiego same. Chciałabym, abyśmy się przełamały i powiedziały, że dziś nie jesteśmy superbohaterami, a bezbronnymi dziewczynkami, które potrzebują przytulenia. Chciałabym, abyśmy pamiętały, że ten dom i dzieci nie są tylko nasze, babskie. Pamiętajmy, że oni też potrafią posprzątać, pomóc przy dzieciach. I nauczmy ich, że to sprawa naturalna, a nie coś, co robi się na wyraźną prośbę partnera. Otóż to, partnera, bo tkwimy w tym razem! Bądźmy po prostu drużyną i walczymy z tą codziennością ramię w ramię. Walczymy tylko na tyle, na ile mamy na to siły :)